MOCAK, Cricoteka i kapelusz Jay Kaya z Jamiroquai – wizyta w Krakowie

MOCAK, Cricoteka i kapelusz Jay Kaya z Jamiroquai – wizyta w Krakowie

Wizyta w Krakowie to oczywiście Wawel, Sukiennice oraz podziemia rynku. Ale największe wrażenie zrobiły na mnie dwie stosunkowo nowe atrakcje Krakowa – MOCAK i Cricoteka.

MOCAK

Budynek Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie (z ang. MOCAK, od ang. Museum of Contemporary Art in Kraków) zaskoczył mnie.

Wejście główne do muzeum

Przede wszystkim, na wszelkich zdjęciach jakie widziałem dotąd, budynek muzeum sprawiał wrażenie położonego na otwartej przestrzeni, a prawda jest taka, że jest zewsząd otoczony zabudową i w ogóle nie jest dominantą.

Może to złe słowo. Po prostu budynek mimo swojej wyróżniającej się bryły dobrze koresponduje z budynkami obok. I mam z tym problem, bo wyobrażenie o nim miałem zupełnie inne. To niby nic złego, ale byłem mocno zaskoczony. Dziwne.

Zawsze mi się wydawało, że ten budynek zupełnie dominuje w otoczeniu

Po drugie. Zawartość. Odwiedziłem tylko stałą wystawę i tak. Najbardziej przypadły do mojego niewysublimowanego gustu prace Stanisława Dróżdża z serii Pojęciokształty.

Jedno z dzieł z serii Pojęciokształty

Tematem jego prac są w sumie słowa i cyfry przedstawione w różnych płaszczyznach. Oczywiście, to trochę tak jak z pracami Rothko. Jak się ich nie zobaczy na żywo, nie stanie przed nimi bądź w ich środku to nie sposób objąć ich emocjonalnego bagażu. I tu jest identycznie. Do tej kolekcji zachęcam.

Czytanie Kapitału (Das Kapital lessen) – do takich dzieł miałem stosunek neutralny

Pozostałe dzieła wzbudziły we mnie albo zupełnie neutralne uczucia (być może ich nie zrozumiałem) albo niepokój. Dzieła przedstawiające sarin w niezagrażającym stanie skupienia bądź dzieła, które bardzo personalnie odnosiły się do wojny i cierpienia były dobrze przemyślane, ale skłamałbym mówiąc, że po wizycie w MOCAKu wyszedłem zrelaksowany. Ale, chyba o to chodziło.

Cricoteka

Kraków leży nad Wisłą i to po prostu czuć. Ta największa rzeka Polski w Krakowie po prostu nadaje ton w wielu miejscach. Przy Wawelu, gdzie podkreśla jego sylwetę i na Podgórzu, gdzie znajduje się przy jej brzegu Cricoteka.

Tak wygląda Cricoteka w pochmurny dzień z drugiego brzegu Wisły

Budynek Cricoteki to Ośrodek Dokumentacji Sztuki Tadeusza Kantora, czyli instytucja kultury. Budynek jest ciekawy z kilku powodów. Pierwszy to oczywiście fakt, że przypomina rzeźbę nad zrekonstruowaną dawną elektrownią podgórską.

Konstrukcyjnie, Cricoteka przypomina trochę słynny budynek Chińskiej Telewizji w Pekinie, autorstwa Rema Koolhaasa. Ale to zbyt prostacka interpretacja.

Gdy się podejdzie bliżej to widać, że z daleka widoczna nieprzenikalna fasada to ażurowa blacha z cortenu

Cricoteka ma być w założeniu budynkiem rzeźbą i ta sztuka się jej udaje. Mi w całym tym założeniu i historii (o której piszą lepiej zawodowi krytycy architektury tacy jak Grzegorz Stiasny) najbardziej podobała się powierzchnia stropu powyżej budynku elektrowni.

Mega fajny efekt stropu nad budynkiem elektrowni – blach daje odbicie, ale zniekształcone

Odbija ona, to co znajduje się na ziemi, ale to nie jest lustro, tylko wypolerowana blacha. Dzięki temu odbity obraz jest zniekształcony i uwypuklony. Wspaniała robota! Chciałoby się częściej spotykać takie konstrukcje.

A niemalże na przeciwko Cricoteki taki mural – gry są wszędzie!

Pióropusz Jay Kaya z Jamiroquai

Na koncert Jamiroquai czekałem ponad 12 lat. Przynajmniej 12, bo moje pierwsze wspomnienia z grupą zaczynają się przy okazji promowania kawałka „Feels Just Like It Should” z 2005 roku coby oznaczało, że czekałem lat 14.

Koncert odbył się w krakowskiej hali Tauron Arena. To największe tego typu miejsce w Polsce. Ktoś powie: „zaraz, zaraz. Przecież Narodowy jest większy!”. Będzie miał rację, ale Narodowy to stadion, a Tauron to hala. Niby nic takiego, a to znaczna różnica.

Odwiedziłem halę pierwszy raz w życiu i muszę przyznać, że robi wrażenie. W deszczowy czwartek 23 maja przypominała ogromną bańkę rozpłaszczoną na ogromnym terenie z cyberpunkowymi napisami zapowiadającymi koncert. Przewijające się po jej powierzchni kolorowe napisy robiły ogromne wrażenie.

Sam koncert to oczywiście maestria frontmana – Jay Kaya -, który mimo swojego wieku i widocznego „zaokrąglenia” nadal daje radę. Ale, nawet jeżeli nie przepadacie za acid jazzem bądź funkiem to może Was zainteresować specyficzne nakrycie głowy wokalisty.

Sama nazwa zespołu wzięła się od gry słów The Iroquois (indiański szczep z Ameryki Północnej – to fascynacja wokalisty Jay Kaya) i jam, oznaczającego granie muzyki improwizując.

Jay Kay występuje na koncertach (od początku powstania grupy) w fantazyjnych kapeluszach inspirowanych pióropuszami.

Ostatni z nich jest naprawdę wyjątkowy. Kapelusz został wydrukowany w drukarce 3D i w czasie koncertu na głowie wokalisty zmienia kształt i kolor. W trakcie wykonywania konkretnych sekcji utworów kapelusz unosi i opuszcza podświetlane łuski, a ponadto zmienia ich kolory.

Za jego programowanie i projekt wykonawczy odpowiada artysta Moritz Waldemeyer. W prace nad tym łuskowym kapeluszem był zaangażowany również frontman grupy, który jako inspirację wskazał zwierzęta z afryki – Łuskowce.

Jay Kay w kadrze klipu „Automaton” zespołu Jamiroquai

Można powiedzieć, że najnowszy kapelusz Jay Kaya to połączenie pióropusza z Łuskowcem ery cyberpunku. A jako ciekawostkę – dodam jeszcze, że Waldemeyer stworzył laserowy garnitur dla Bono z U2.

Inne dzieło Moritza – „laserowy garnitur” Bono z U2